Tak sobie myślę, myślicie że można zaakceptować tęsknotę? Bo jeśli można, to można się też do niej przyzwyczaić. Tylko z doświadczenia wiem, że kiedy już się przyzwyczaimy to przestajemy zwracać uwagę na to za czym tęsknimy.
Nie wiem, czy mnie rozumiecie. Pisze dość zawile.
Chodzi mi o to, że przyzwyczajenie się do uczucia tęsknoty jest w moim odczuciu czymś negatywnym. Przestajemy czuć ten ból, który jest z nami gdy ktoś kogo kochamy odjeżdża, odchodzi. A to właśnie on pokazuje, ile ten ktoś znaczy.
Chyba sama się już gubię.
Odkąd byłam malutką dziewczynką mój tata bez przerwy wyjeżdżał za granicę do pracy. Potrafiłam płakać za nim w poduszkę bardzo długo. Ale z czasem, gdy rosłam a on nadal wyjeżdżał, płakałam coraz mniej. Nadal wyjeżdża, a ja już nie płaczę. Źle mi z tym, bo wydaje mi się naturalnym że płaczemy gdy ktoś nas opuszcza. Nie znaczy to oczywiście, że nie jest mi przykro gdy wyjeżdża, ale jest to na porządku dziennym. Przez kilkanaście lat życia widuje tatę, pomiędzy jego wyjazdami do pracy. Tylko mój tata w przeciwieństwie do innych, wyjeżdża na dwa miesiące z kraju, a nie wychodzi na 8h do biura.
Zawsze pojawiała mi się w złości taka myśl, że tata traktuje dom jak hotel. Wiem, że nie. Ale mówiłam mu tak, kiedy jeszcze rozpaczając nie chciałam go puścić na kolejne miesiące. On to robi dla mnie, dla mamy, dla rodziny. Tylko do cholery, jakim kosztem?
Nie wiem już co myśleć, nienawidzę tęsknić, a ten cholerny świat to wie i mimo wszystko mnie do tego zmusza.
Z czasem nadal tęsknimy, ale gdzieś głęboko w sobie - bo jak wiele razy można rozrywać gojącą się ranę?
X
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz