Wakacje! To brzmi wspaniale, prawda? Mi od razu w głowie pojawiają się obrazy szerokiej plaży, szmaragdowego morza, lodów, gofrów, okularów przeciwsłonecznych i strojów kąpielowych, a co najważniejsze, jest KONIEC SZKOŁY!
ALE...
aktualnie jest 12/08/2017, czyli półmetek moich wakacji. I zdecydowanie to nie są moje wakacje.
Od 3 tygodni leżę w domu, a właściwie 2 tygodnie w domu, a tydzień w szpitalu. Spotkaliście się kiedyś z mononukleozą?
NIE CHCECIE!
Powiem tylko, że choroba jest ciężka, odbierająca całkowicie siłę i zapał do życia. Cóż, mi dodatkowo odebrała mój wakacyjny wyjazd. Nie piszę tu jednak, żeby wylewać żale i mówić jak mam źle. Chcę się skupić na pozytywach, bo zaczęłam ich skrupulatnie szukać. Sami zobaczcie co dostrzegłam przez ostatnie dość przykre tygodnie.
#1 - są dobrzy ludzie
Jak już wcześniej pisałam, przepadł mój wyjazd wakacyjny. Właściwie dzień przed nim dostałam wyniki badań, które zmusiły mnie i moich towarzyszy do odwołania wycieczki. Ku mojemu zdziwieniu Pan, któremu sprawiliśmy kłopot odwołując wyjazd, nie dość że życzył mi dużo zdrowia to obiecał, że zaliczka nie przepadnie. Zostanie ona przesunięta na następny rok, jeśli tylko zechcemy. Niby drobiazg, ale ta sytuacja wywołała u mnie uśmiech.
#2 - wierzę w nas
Ostatnio wspominałam Wam jak wiele kilometrów dzieli mnie i mojego chłopaka. Mimo wszystko nie przeszkadzały mu one we wspieraniu mnie. Słuchał dzielnie jak płakałam do słuchawki z bólu albo bezsilności, opowiadał bajki, przypominał o lekach, doradzał, ale też sam się martwił. Chciał dodać mi siły, mimo że sam nie miał jej zbyt wiele. To rozczulało mnie jeszcze bardziej, ale też upewniało że mogę na niego liczyć. Po coraz gorszych wynikach trafiłam do szpitala. I wiecie co? Przyjechał. Wiedział jak bardzo go potrzebuję i pewnego ranka wszedł na salę numer 7 w szpitalu pediatrycznym. Jechał całą noc. Możecie sobie wyobrazić jak bardzo szczęśliwa byłam. Był ze mną dwa dni, potem musiał wracać. Szczerze mówiąc to te dwa dni dały mi więcej, niż kilkadziesiąt kroplówek, tabletek i pomp z paracetamolem. Nie wiem czy mogę sobie wyobrazić, że jakiś chłopak kocha mnie bardziej niż on.
#3 - moja "soul sister"
Na wyróżnienie zasługuje tu niezaprzeczalnie moja najlepsza przyjaciółka. Ona to się mną zajmowała... Okłady, okładziki, zbijanie gorączki - to zdecydowanie jej mocna strona! Trochę pokrzyczała, bo z natury nie lubię słuchać rozkazów, ale uwierzcie mi - nie miałam siły długo się opierać. Robiła mi też różne specyfiki do picia, podawała tabletki i robiła jedzenie, póki mogłam jeszcze jeść. I chyba się martwiła. A! No i oglądała ze mną Grę o Tron! Trochę też mnie odwiedzała i rozśmieszała. Fajnie jest mieć kogoś takiego jak ona, bo mimo że wkurza mnie czasem niesamowicie to jest dla mnie jak siostra. Moja najlepsza przyjaciółka.
#4 - rodzina
Od początku największym wsparciem dla mnie była mama. Uwierzcie mi, mam najcudowniejszą mamę na świecie. Od początku choroby pomaga mi w każdy(!) możliwy sposób. Nie wiem czy kiedykolwiek się jej odwdzięczę za to wszystko. Oczywiście tata i siostry też były dla mnie wsparciem. Wszyscy odwiedzali mnie w szpitalu, próbowali rozbawić, rozmawiali, przytulali i po prostu byli, a to najważniejsze. Wdzięczna jestem też mojemu szwagrowi, który bardzo mi pomógł.
W rodzinie różnie bywa, często ktoś się na kogoś gniewa, denerwuje, ale to w końcu jednak rodzina.
W trudnych chwilach to na nią możemy liczyć. Ja się nie przeliczyłam i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa. Są świetni!
Widzicie? Mogłabym wymienić jeszcze kilka moich "powodów" do radości, ale to są te najważniejsze. Człowiek zawsze powinien móc liczyć na drugiego człowieka. I nie mówię tu tylko o bliskich. Nikt nie jest od nas gorszy, ani lepszy. My tworzymy ten świat i jeśli kiedyś zostanie zniszczony, będzie to nasza wina.
Ja dobrym ludziom, ich dobroci nigdy nie zapomnę. I postaram się, żeby do nich wróciła.
Staram się patrzeć na ten świat pozytywnie, zielonymi oczami.